top of page

Za linią brzegu. Dary neuro-różnorodności i odwaga, by płynąć inaczej.

29 gru 2024

6 min czytania

0

52


Każde społeczeństwo ma swoją niewidzialną linię brzegu.


Po tej stronie jest „normalność”: skupianie się na zawołanie, praca od dziewiątej do siedemnastej, równy rytm, przewidywalne reakcje. Tam, gdzie łatwo wystawić świadectwo: pilny, zorganizowana, odpowiedzialny, stabilna.


Po drugiej stronie woda robi się głębsza, prąd szybszy, a mapa nagle przestaje pasować. I tam właśnie lądują ludzie z ADHD, choć przez lata kazano im wierzyć, że po prostu „źle pływają”.


Mam w tej sprawie swoje zdanie. Czasem niewygodne, czasem sprzeczne z tym, co słyszysz w gabinecie, w szkole czy w korpo. Trudno. Ktoś wreszcie musi powiedzieć głośno to, co od lat słychać w kuluarach: problemem wcale nie jest to, że Twój mózg działa inaczej. Problemem jest to, jak go traktujemy.


Zacznijmy od obrazu.

Warszawa, wysoko w biurowcu. Klimatyzacja mruczy jak stary autobus, kubek z kawą dawno wystygł. Na monitorze Slack, prezentacja. Przed ekranem człowiek, który przynajmniej w teorii ma wszystko: doświadczenie, kompetencje, ścieżkę kariery. W praktyce od pół godziny wpatruje się w jedną komórkę, nie mogąc zmusić mózgu do zrobienia najbardziej banalnej czynności.

Równolegle, na dodatkowej karcie, ma otwarty tekst o czymś, co go naprawdę kręci. Sztuczna inteligencja w edukacji. Zrównoważone miasta. Muzyka z lat dziewięćdziesiątych. Cokolwiek. W to jest w stanie wejść natychmiast, całą głową, całą ciekawością. Zadanie służbowe, nudne jak opakowanie po ryżu, odbija się od niego jak piłka od ściany.


W tradycyjnej narracji diagnoza brzmi: brak samodyscypliny. W mojej: to jest dokładnie ten moment, w którym widać, jak bardzo ADHD nie mieści się w prostym opisie deficytu uwagi. To nie jest brak uwagi. To jest uwaga, która ma własne kryteria dostępu.


Neuro-różnorodność jest modnym słowem. Dobrze wygląda na slajdach, można je włożyć do prezentacji HR-owej i mieć poczucie, że jest się inkluzywnym. Ale jeśli potraktować je poważnie, to jest to po prostu brutalnie prosta konstatacja: mózgi ludzi różnią się między sobą tak samo realnie, jak różnią się ciała.


Tak, ADHD jest jednym z tych wariantów. Nie gorszą kopią neurotypowego, tylko innym modelem. Tak jak są psy, które bez końca aportują, i takie, które wolą pilnować stada, tak samo są mózgi, które kochają liniowość, i takie, które myślą falami. Obie wersje są potrzebne. Nie obie czują się mile widziane.


Kiedyś mówiliśmy o zaburzeniu. Dziś nauka coraz częściej przechodzi na język neuroróżnorodności. Ja idę krok dalej: uważam, że słowo zaburzenie w większości kontekstów robi więcej szkody niż pożytku. Wpycha ludzi w narrację, że ich głównym zadaniem jest się naprawić. Nie zrozumieć. Nie zaopiekować. Naprawić.


I tu pojawia się zgrzyt. Bo ADHD nie jest pralką, którą można oddać do serwisu. To jest sposób działania całego układu. Oczywiście, są objawy, które potrafią rozwalić życie na części: problemy z organizacją, impulsywność, rozdarte relacje. Nie udaję, że ich nie ma. Ale jeśli zaczynamy wyłącznie od etykiety zaburzenie, od razu stawiamy człowieka po przegranej stronie.


Łatwiej jest powiedzieć masz deficyt uwagi, niż przyznać, że szkolny model 45-minutowych lekcji jest absurdalny nie tylko dla osób z ADHD. Łatwiej jest przepisać lek i wysłać człowieka z powrotem do open space’u, niż zapytać, czemu w ogóle oczekujemy od ludzi, że będą efektywni przez osiem godzin w identycznym rytmie, niezależnie od zadania. Łatwiej jest powiedzieć ty się postaraj, niż przestawić choćby jedną nieelastyczną zasadę.


Jeśli masz ADHD, dorastałaś w świecie, który mówił: problem jest w Tobie. Za głośno, za szybko, za późno, za dużo, za mało. Gdzieś po drodze nauczyłaś się maskować. Znałam i znam wielu takich ludzi. Są świetni w robieniu „wrażenia normalności”. Śmieją się we właściwych momentach. Zgadzają się na dodatkowe projekty. Przerywają sobie zdania, bo nie chcą się rozgadać. Wychodzą z imprezy jako ostatni, a potem przez dwa dni nie są w stanie podnieść się z kanapy.


Maska kosztuje. Koszt ukrycia własnego mózgu przed światem jest często wyższy niż sam ADHD-owy chaos. I o tym się nie mówi w statystykach. To wychodzi w nocy, w bezsenności. W cichym przekonaniu, że „gdyby ze mną było coś nie tak, ktoś już by to wykrył, prawda?”. W tym, że zasypiasz z poczuciem winy, a budzisz się już zmęczona.

Nie będę udawać, że ADHD to wyłącznie dar. To byłaby tania, instagramowa iluzja.


Widziałam, jak ten układ potrafi spalić człowieka od środka, jeśli zostawić go samego z oczekiwaniami świata. Znam historie, w których impulsywna decyzja kosztowała małżeństwo, biznes, zdrowie. Znam domy, w których dzieci z ADHD latami słyszały, że są trudne, aż uwierzyły, że na nic innego nie zasługują.


Ale równie mocno nie kupuję narracji, że ADHD to tylko cierpienie. To zwyczajnie nieprawda.


Zawsze, kiedy ktoś mi mówi: ja to w ogóle nie widzę u siebie żadnych zasobów, proszę, żeby opowiedział mi o momentach, kiedy czuł się żywy. Nie poprawny. Żywy.

Tam nagle wychodzi na wierzch coś, czego w rubryce objawy nie widać: bezwstydna ciekawość, która nie zna granic. Umiejętność chłonięcia wiedzy jak powietrza, jeśli tylko temat złapie za serce. Hiperfokus, w którym czas się rozpływa, a z jednego wieczoru rodzi się coś, co innym zajęłoby miesiąc.


Tak, system tego nie rozumie, bo system lubi stałe tempo i odhaczanie. ADHD nie lubi. ADHD lubi iskrę. To, że masz problem z powtarzalną, monotonną pracą, nie znaczy, że jesteś leniwa. To znaczy, że Twój mózg ma inne priorytety: znaczenie, sens, nowość, relację. Czy to jest wygodne w obecnym modelu pracy? Nie. Czy to jest dowód uszkodzenia? Też nie.


Powiem jeszcze coś, co pewnie będzie kontrowersyjne: wielu z tych, których dziś podziwiamy za geniusz czy wizjonerstwo, w dzisiejszej szkole miałoby wpisane w dzienniku „podejrzenie ADHD, wskazana konsultacja.


Spójrz na Bransona, który wyrósł z etykiety „nie rokuje” na twórcę imperium. Pomyśl o Phelpsie, któremu ciało i energia w szkole przeszkadzały, a w basenie stały się napędem do rekordów. Posłuchaj Melanie Perkins, która z własnych trudności z organizacją zrobiła impuls do stworzenia narzędzia, które wyrzuciło połowę starych schematów projektowania do kosza.


Czy to znaczy, że każdy człowiek z ADHD zostanie miliarderem, olimpijczykiem albo noblistą? Oczywiście, że nie. I całe szczęście. To kolejna pułapka: zamienić stygmat na mit wyjątkowego sukcesu.


Interesuje mnie inny poziom: codzienny.

Kiedy osoba z ADHD przestaje zużywać całą swoją energię na to, żeby się utrzymać w roli normalnego pracownika, zaczyna mieć zasoby na rzecz najprostszą i najtrudniejszą: budowanie życia, które nie jest wieczną walką z sobą. Nie mówię o wielkiej rewolucji. Mówię o ruchach, które z zewnątrz wyglądają banalnie, a w środku są tektoniką.

Pierwsza odmowa projektu, który jest nie do uniesienia. Pierwsza rozmowa z szefem, w której pada zdanie: Nie chodzi o to, że nie chcę, tylko o to, że jeśli wezmę to na siebie, nie dowiozę innych rzeczy. Pierwsze ...nie przyjdę, bo jestem zmęczona, zamiast ...jasne, dam radę.


To jest zmiana, którą widzę jako sensowną odpowiedź na neuroróżnorodność. Nie kolejny kurs zarządzania sobą w czasie, tylko przebudowa relacji między Twoim mózgiem a światem. Kawałek po kawałku.


Żeby była jasność: nie mam naiwnej wiary, że system się nagle nawróci. Edukacja, rynek pracy, nasze kulturowe oczekiwania wobec porządnego człowieka to są ogromne, ciężkie konstrukcje. One będą się przesuwać powoli, jak stary fiat 126p brnący leśną drogą. Trochę rzęzi, trochę się krztusi, czasem stanie w poprzek.

Ale to, że transformacja jest powolna, nie znaczy, że masz czekać w milczeniu na poboczu.


Moje stanowisko jest proste i nie negocjuję go: to nie człowiek ma się do końca życia dopasowywać do systemu kosztem własnego zdrowia psychicznego. System musi się zacząć uczyć uwzględniać człowieka. Tak, również człowieka z ADHD.


Do tego czasu możesz zrobić coś po swojej stronie brzegu. Zamiast kolejnego ...muszę się wreszcie ogarnąć, możesz zadać sobie trochę inne pytania.


Nie: „dlaczego ja nie umiem tak jak inni?”.

Tylko: „jak działa mój mózg, czego potrzebuje moje ciało, jakie warunki sprawiają, że jestem najbliżej siebie?”.


Nie: „jak mam się wcisnąć w ten format?”.

Tylko: „które elementy formatu mogę negocjować, przestawiać, omijać?”.


Nie: „czemu wszyscy nade mną narzekają?”.

Tylko: „z kim w ogóle warto się tak uczciwie spotykać, żeby nie musieć grać roli?”.


To jest ta część opowieści, w której przestajesz być bohaterem historii o zaburzeniu, a zaczynasz być autorem swojej. Niełatwej, czasem pokręconej, często niepasującej do reszty półki. Ale Twojej.


Na koniec zostawię Ci jedną myśl, która wraca do mnie jak bumerang, gdy pracuję z ludźmi z ADHD.

Twój umysł nie zawsze podąża prostą ścieżką. Czasem irytująco kluczy. Czasem skręca tam, gdzie naprawdę nie chciałaś. Czasem zawraca w pół zdania.

Ale ten sam umysł potrafi znaleźć ukryte przejścia tam, gdzie inni widzą tylko ścianę. Jak woda, która nie kłóci się ze skałą, tylko szuka szczeliny. To nie jest ani lepsze, ani gorsze. To jest inny sposób bycia w świecie.










bottom of page