top of page

Buduj miejsca, w których nie musisz udowadniać, że zasługujesz na tlen.

sty 14

6 min czytania

0

0

Wyobraź sobie trzy pokoje.


W pierwszym biuro. Open-space, szum klimatyzacji, stukot klawiatur, sygnały komunikatora.

Kalendarz pocięty w kolorowe bloki, od rana do późnego popołudnia.

Spotkania „z ważnym udziałem”, maile z czerwonym wykrzyknikiem, zadania „na wczoraj”.

Tutaj jesteś „tą ogarniającą”.

Dopytujesz. Dopinasz. Pamiętasz za innych.

Ktoś mówi: „dobrze, że jesteś, bo bez ciebie by się rozsypało”.

Wychodzisz z pracy zmęczona, ale z myślą: „Przynajmniej coś ruszyło”.


W drugim, rodzinny salon.

Stół, który widział już wszystko: święta, ciche wojny, zawieszone w powietrzu fochy.

Te same teksty od lat, te same role, które wszyscy grają, choć nikt nie pisał scenariusza.

Tutaj jesteś „tą rozsądną”. „Tą spokojną”. „Tą, która dogada”.

Siadasz tam, gdzie najłatwiej łagodzić napięcia.

Śmiejesz się z żartów, które wcale cię nie bawią.

Wracasz do domu z poczuciem, że znowu przeszłaś po własnych granicach, żeby wszystkim było „w miarę dobrze”.


W trzecim miejsce, które dopiero się rysuje.

Może mały zespół projektowy.

Może grupa znajomych z różnych miast.

Może kilka osób w sieci, z którymi możesz powiedzieć na głos to, co zwykle zatrzymujesz w gardle.

Tutaj jesteś jakaś inna. Bardziej cała. Mniej poprawna, bardziej żywa. Po rozmowach czujesz zmęczenie, ale takie, po którym łatwiej się oddycha, a nie takie, po którym trzeba się zbierać z podłogi.


Trzy pokoje. Trzy systemy. Ta sama ty – i trzy różne doświadczenia siebie.

Większość życia uczymy się, jak w systemach przetrwać. Jak się wpasować, żeby nie wylecieć. Jak się nie narazić, jak „nie robić problemu”.

Rzadko ktoś nas uczy czegoś innego: że można też świadomie patrzeć, w jakich systemach w ogóle chcemy być.

Jakie współtworzyć.

Z jakich, kiedy przyjdzie moment i zasoby, wyjść.


To nie jest tekst o rzucaniu pracy z dnia na dzień.

Ani o natychmiastowym przecinaniu wszystkich „trudnych relacji”.

To jest tekst o tym, żeby w ogóle zobaczyć, że nie każdy system zasługuje na to, żebyś ratowała go własnym zdrowiem.


System to nie tylko logo firmy czy nazwisko na skrzynce pocztowej.

System to zestaw zasad, ról i rytmów, które rządzą twoją codziennością.

To tematy, które wracają jak piosenka z radia, której nikt nie przełączył.

To sposób, w jaki rozkłada się władza i odpowiedzialność.

To także to, co nigdy nie jest powiedziane wprost, ale wszyscy wiedzą:

„U nas się nie odmawia”.

„U nas się nie płacze”.

„U nas pracowitość to świętość”.


Ty też jesteś systemem.

Z ciałem, które wysyła sygnały.

Z głową, która czasem przyspiesza, a czasem się zacina.

Z emocjami, które czy ci się to podoba czy nie próbują coś powiedzieć.

Kiedy te dwa systemy się spotykają, ty i miejsce, w którym funkcjonujesz, powstaje chemia.

Czasem dobra. Czasem powoli niszcząca.


Świadomy wybór zaczyna się od bardzo prostego pytania:

Jak ja się mam w tym systemie?

Nie: „jak powinnam się mieć”.

Nie: „jak inni mówią, że jest”.

Tylko: jak reaguje moje ciało przed, w trakcie i po kontakcie z tym miejscem.


W pracy czy już w niedzielę wieczorem twardnieją ci plecy na myśl o poniedziałku?

Czy w piątek jesteś „po prostu zmęczona”, czy całkowicie wypruta, jakby ktoś cały tydzień trzymał cię na niewidzialnej smyczy?

Czy są momenty satysfakcji, czy głównie ulga, że znowu coś dowiozłaś i nikt się nie czepia?


W domu czy masz przynajmniej jedno miejsce, w którym możesz mieć słabszy moment?Czy każde potknięcie kończy się wykładem, żartem „dla twojego dobra” albo cichym wycofaniem innych?

Czy po spotkaniach rodzinnych czujesz się bardziej sobą, czy raczej jak wersja, której już nie lubisz?


W relacjach czy możesz zmieniać zdanie, mówić „nie wiem”, prosić o pomoc?

Czy twoje „nie” jest słyszane, czy od razu rozciągane w „no dobrze, ale…”.

Czy jest tam miejsce na bycie człowiekiem, czy głównie na bycie funkcją?


Nie chodzi o to, żeby teraz wziąć kartkę i przy każdym systemie postawić ostry werdykt: „dobry / zły”.

Życie jest bardziej poplątane.

Chodzi o to, żeby zobaczyć, że to, jak się czujesz, nie jest tylko funkcją „trudnego charakteru”.

To jest odpowiedź na architekturę, w której żyjesz.


Jak więc decydować, gdzie zostać?

Można by zbudować elegancki model, ale w praktyce często sprowadza się to do kilku prostych pytań.


Pierwsze: czy w tym systemie mam choć kawałek przestrzeni, żeby być sobą?

Choć trochę miejsca na swoje tempo, na swoje pytania, na swój sposób myślenia.

Firma, która ma sztywne procedury, ale w zespole możesz zapytać „dlaczego tak?”, a nie tylko wykonywać polecenia jak check-listę.

Rodzina, która nie wszystko rozumie, ale przynajmniej nie wyśmiewa cię za to, że potrzebujesz spokoju.

Zespół, który nie jest idealny, ale potrafi przeprosić, kiedy naprawdę przegnie.


Drugie: czy ten system jest choć trochę gotów się ruszyć?

Nie chodzi o rewolucję.

Chodzi o to, czy kiedy mówisz „tu mnie boli”, po drugiej stronie jest ktoś, kto w ogóle słucha.

Czy szef, który ma swoje ograniczenia, choć raz na jakiś czas potrafi powiedzieć: „Okej, tego jest za dużo, poszukajmy innego rozwiązania”.

Czy partner, który nie jest mistrzem emocji, potrafi usiąść i posłuchać, zamiast od razu kontratakować albo obracać wszystko w żart.

Jeśli system ma choć odrobinę elastyczności, czasem warto zostać – przynajmniej na jakiś czas. Można wtedy po kawałku współtworzyć coś bardziej ludzkiego:

jeden dzień bez spotkań, jedną zasadę „po 19 nie odpowiadamy na maile”, jedną rozmowę przy świątecznym stole, którą przeprowadzasz inaczej niż dotąd.


Trzecie: jaka jest cena zostawania?

To, że gdzieś możesz być, nie znaczy, że powinnaś być tam za wszelką cenę.

Możesz być „plasterkiem ludzkiego” w bardzo twardej organizacji, ale jeśli po kilku latach płacisz za to zdrowiem i nerwami…

pytanie brzmi: czy to jeszcze współtworzenie, czy już gaszenie pożarów własnym ciałem.


Są systemy, z którymi naprawdę warto zostać w dialogu.

Takie, w których z czasem możesz mieć coraz więcej wpływu.

Są też takie, które żywią się twoją zdolnością do dopasowywania się i nie zamierzają niczego zmieniać, bo „przecież jakoś to działa”.


Tym drugim warto przyglądać się szczególnie uważnie.


Jak rozpoznać system, który chcesz współtworzyć?

Czasem po bardzo małych rzeczach.

Zgłaszasz problem, nie słyszysz: „przesadzasz”, tylko: „co możemy zrobić?”.

Coś nie wychodzi, nie szuka się od razu winnego, tylko patrzy na proces.

Mówisz: „nie daję rady” zamiast samego „musisz lepiej zarządzać sobą w czasie” jest choć minimalna próba przeorganizowania.

To nie musi być idealne miejsce. Wystarczy odrobina dobrej woli i pokory: „nie wiemy wszystkiego, uczymy się po drodze”.

W takich systemach energia, którą wkładasz w rozmowę, projekt, zmianę, ma szansę wrócić. Nie zawsze szybko. Ale jakoś.


Współtworzenie nie zawsze wygląda jak wielkie projekty zmiany organizacyjnej.

Systemy składają się z takich cegiełek.

Tam, gdzie możesz dotknąć choć kilku, jest potencjał.

Tam, gdzie każda próba kończy się ścianą, może przyjść moment, w którym trzeba zacząć myśleć o wyjściu.


Wyjście z systemu to osobna opowieść.

Inna w pracy, inna w relacjach, inna w rodzinie.

Czasem będzie to decyzja: „Szukam innej pracy, nawet jeśli zajmie mi to rok”.

Czasem: „Przestaję brać odpowiedzialność za wszystkie konflikty rodzinne, choć dalej przychodzę na spotkania”.

Czasem: „Ograniczam kontakt do takiego poziomu, na jaki mnie stać”.

Rzadko wygląda to jak filmowy gest: trzask drzwiami, rzucony identyfikator, dramatyczne „koniec”.


Częściej zaczyna się w środku: od zdania „tu już nie rosnę, tu maleję”. Od uświadomienia sobie, że ta architektura nie ma zamiaru się zmienić. Od uznania, że najlepsze, co możesz zrobić dla siebie i innych, to przestać ją podtrzymywać za każdą cenę.


Wiem, że łatwo się o tym pisze, a trudniej robi. Są kredyty. Dzieci. Zobowiązania. Lęk.

Dlatego nie chodzi mi o to, żebyś jutro wszystko rzuciła i wyjechała w Bieszczady.

Chodzi o to, żebyś zaczęła siebie pytać trochę inaczej.


Nie tylko: „Jak ja mam się dopasować?”

Ale też:

„Czy ten system w ogóle jest ze mną kompatybilny?”

„Czy to jest środowisko, w którym chcę zostać dłużej?”

„Czy ja tu współtworzę, czy tylko łatam dziury?”

I żebyś dała sobie prawo do tego, że odpowiedzi mogą się zmieniać.


Systemy się zmieniają.

Ty też.

Może teraz zostajesz w pracy, która nie jest idealna, ale daje ci przestrzeń, żeby budować coś swojego obok.

Może za dwa lata będziesz gotowa ją opuścić.

Może chwilowo trwasz w relacji, w której uczysz się stawiać granice, a kiedy zobaczysz, że po drugiej stronie nic się nie rusza, podejmiesz inną decyzję.

Świadome wybieranie systemów nie polega na tym, że nagle masz pewność „na zawsze”.

Bardziej na tym, że przestajesz traktować wszystko jak naturę, a zaczynasz widzieć:

„To jest konstrukcja. Mogę się na nią zgodzić. Mogę ją współtworzyć. Mogę z czasem z niej wyjść”.


Jesteś żywym systemem.

Masz prawo wybierać i budować takie miejsca, w których nie musisz wciąż udowadniać, że zasługujesz na tlen.

I masz prawo odejść z takich, które tego tlenu uparcie żałują, gdy tylko pojawi się moment, zasoby, wsparcie.


Może to nie stanie się jutro.

Ale już dziś możesz zrobić jedno:

przestać automatycznie brać całą odpowiedzialność na siebie i zacząć się rozglądać.

Z ciekawością, nie z oskarżeniem.

Za każdym razem, gdy złapiesz się na myśli: „Muszę tylko bardziej się postarać”, możesz dodać jeszcze jedno pytanie:


„A co, jeśli oprócz mnie coś do zrobienia ma też system, w którym żyję?”

Od tej myśli często zaczynają się najważniejsze zmiany.

Nie od wielkich rewolucji, tylko od bardzo małego kroku w stronę miejsc, w których naprawdę chcesz zostać.



 

 

bottom of page