top of page

Zamiast wielkich rewolucji. Etapowe wdrażanie innowacji w żywym systemie.

sty 12

5 min czytania

0

0

– o pilotażach, iteracjach, testach w małej skali i o tym, jak dzięki temu chronić energię zespołu i budować zaufanie zarządu do nowych rozwiązań.


Zwykle zaczyna się od wielkiego planu.

Sala zarządu, ciężki stół, prezentacja na ekranie. Na pierwszym slajdzie: „Transformacja 20xx”. Nowy system, nowe procesy, nowe nawyki. Pojawiają się wielkie słowa: „przełom”, „zmiana kultury”, „nowa jakość”. Ktoś mówi „to musi być rewolucja, inaczej się nie ruszymy”.


Na papierze brzmi to świetnie.

W ciałach ludzi – już trochę mniej.


Bo tuż obok tej sali ktoś właśnie próbuje zamknąć miesiąc, ogarnąć projekt, odpisać klientowi, ogarnąć dzieci po szkole. Ma w głowie swoje małe „revolutions”: żeby jutro nie siedzieć do 22, żeby kalendarz nie wyglądał jak plansza z Tetrisa, żeby w końcu coś ułatwić, a nie tylko dokładać.


W takim klimacie „wielka zmiana” często ląduje w tej samej szufladzie co wszystkie poprzednie:

„Zobaczymy, ile tym razem wytrzyma”.


Im dłużej pracuję z zespołami, tym bardziej widzę, że innowacje naprawdę dzieją się inaczej, niż pokazują to slajdy.

Nie w wielkich rewolucjach, tylko w małych, mądrze zaplanowanych eksperymentach.

W tym, co dzieje się „pomiędzy”: między pierwszym pomysłem a tym, jak system zaczyna żyć w realnym dniu ludzi.


Wyobraź sobie organizację jak żywy organizm. Nie jak maszynę do przestawienia wajchy, tylko jak ciało, z układem nerwowym, odpornościowym, pamięcią doświadczeń. To ciało wie, jak boli źle przeprowadzona zmiana. Pamięta projekty, po których wszyscy zostali z większym zmęczeniem niż przed. Nic dziwnego, że reaguje napięciem, kiedy znów słyszy: „robimy totalny pivot”.


Małe eksperymenty są jak testowanie nowego ruchu w bezpiecznym zakresie. Jak sprawdzenie, czy kolano przeniesie trochę inny rodzaj obciążenia, zanim zaczniesz biegać maratony.


Jak to wygląda w praktyce?


Wyobraź sobie, że zamiast ogłaszać: „od przyszłego kwartału wszyscy przechodzimy na nowy sposób pracy z klientem”, wybierasz jeden zespół, jeden typ sprawy, jeden wycinek procesu. Umawiacie się: przez cztery tygodnie robimy to inaczej. Nie na poziomie powerpointa, tylko w realnych sprawach.


Zespół wie, że to jest pilot, nie egzamin.

Że celem nie jest „udowodnić, że jestem dobrym pracownikiem”, tylko „zobaczyć, co działa, co nie i dlaczego”.

Że błędy są wpisane w założenie. To zmienia wszystko.


Napięcie w ciele jest wtedy inne.

Z „muszę dowieść, bo inaczej to upadnie” na „mogę sprawdzić, bo inaczej się nie nauczymy”.


W małym eksperymencie jest miejsce na pytanie:

„Co nas w tym cieszy?”.

„Gdzie nam realnie lżej?”.

„Gdzie się frustrujemy, bo coś jest nieintuicyjne?”.


Kiedy zarząd dostaje nie tylko wykresy, ale też żywe historie z pilotażu, o tym, ile czasu udało się odzyskać, gdzie zmalała ilość chaosu, a gdzie ludzie czuli się przeciążeni, łatwiej mu zaufać rozwiązaniu. To nie jest już „pomysł z zewnątrz”, tylko coś, co przeżyło kontakt z rzeczywistością.


Małe eksperymenty służą też czemuś bardzo prozaicznemu: ochronie energii.


Wielkie rewolucje uwielbiają pochłaniać ludzi. Projektowanie, wdrożenie, szkolenia, poprawki, często wszystko „obok normalnej pracy”. Entuzjazm na początku bywa wysoki, ale po kilku tygodniach do głosu dochodzi proste pytanie: „kiedy ja mam to wszystko robić?”.


W pilotażu w małej skali możesz to pytanie usłyszeć wystarczająco wcześnie.

Zauważyć, że jeśli zmieniasz sposób pracy, to gdzieś trzeba coś odjąć, nie tylko dodać.

Zastanowić się, z czego zespół może zostać odciążony w czasie testu.

Zobaczyć, przy jakim poziomie obciążenia ludzie naprawdę są w stanie uczyć się nowych rzeczy, a nie tylko odtwarzać stare odruchy.


Żywy system mówi do nas nie tylko liczbami, ale też ciałem.

Jeśli po wprowadzeniu „lepszego procesu” widzisz więcej zwolnień lekarskich, więcej zgryzot, więcej maili po 21:00, to jest informacja zwrotna. Jeśli po małym eksperymencie ktoś mówi: „jestem zmęczona, ale pierwszy raz od dawna czuję, że to ma sens”, to też jest informacja.


Iteracje, te małe poprawki po kawałku, są formą szacunku dla tego żywego organizmu. Zamiast założyć: „wszystko przewidzieliśmy”, mówisz: „będziemy słuchać, co to z wami robi, i korygować kurs”.


Z perspektywy zarządu może się wydawać, że to spowalnia.

„Czemu to tyle trwa?

Czemu znów pilot, znów test, znów feedback?”.


Ale to jest jak różnica między budowaniem domu na szybko bez badań gruntu, a dokładnym sprawdzeniem, co tam pod spodem siedzi. Pierwszy dom szybciej stanie. Tylko że przy pierwszym większym deszczu może zacząć pękać. Drugi rośnie wolniej, za to ma szansę stać stabilnie latami.


Zaufanie zarządu do nowych rozwiązań buduje się właśnie tak:

nie obietnicami na slajdach, tylko powtarzalnymi, sprawdzonymi krokami.

Pilot na małej grupie, konkretne dane, opowieści z linii frontu, wyciągnięte wnioski, poprawiona wersja, świadoma decyzja: skalujemy albo odkładamy na półkę.

To pokazuje, że innowacja nie jest kaprysem, tylko procesem, który szanuje i ryzyka, i ludzi.


I jest jeszcze jedna rzecz, która w małych eksperymentach jest bezcenna: poczucie wpływu.


Gdy wchodzisz w projekt jako ktoś, kto tylko „ma się dostosować”, twój układ nerwowy bardzo szybko przechodzi w tryb obronny. Robisz swoje, ale bez serca. Nie chcesz się wychylać, bo każde „ale” może zostać uznane za opór.


Kiedy jesteś częścią pilotażu, która naprawdę ma głos, możesz powiedzieć: „tu mnie to wspiera”, „tu tracę czas”, „tu to jest nieczytelne”. Możesz zobaczyć, że twoje doświadczenie naprawdę coś zmienia w kolejnym kroku. To jest niesamowicie wzmacniające.


Zespół przestaje być przedmiotem innowacji. Staje się współautorem.


To wszystko brzmi bardzo ładnie, ale wiem, że w praktyce pojawia się opór: „przecież my nie mamy czasu na piloty, iteracje, testy”.

Prawda jest taka, że i tak je robimy. Tylko często nieświadomie. Wdrażamy coś „od razu dla wszystkich”, a potem miesiącami łatamy dziury, gasimy pożary, tłumaczymy się z błędów, wracamy do starych obejść.


Świadome etapowanie nie tworzy dodatkowej pracy.

Ono przenosi część kosztów z później na wcześniej, w zamian za mniejszą ilość chaosu i większą szansę, że rozwiązanie naprawdę z nami zostanie.


Jeśli miałabym zostawić ci kilka pytań na koniec, to byłyby takie:

Jaki najmniejszy fragment tej zmiany można bezpiecznie przetestować?

Kto z użytkowników może być naszym partnerem w pilotażu, a nie tylko „odbiorcą”?

Po czym poznamy, że ten eksperyment służy ludziom, nie tylko zmianie?

Jak zadbamy o energię zespołu w trakcie testu, z czego ich odciążymy, na co damy przyzwolenie, jak będziemy reagować na sygnały przeciążenia?


Małe eksperymenty nie są mniej odważne niż wielkie rewolucje.

Są po prostu bardziej dojrzałe.


Zamiast rzucać organizację na głęboką wodę i liczyć, że „jakoś popłyniemy”, uczysz się najpierw, jak ten organizm reaguje na zmianę temperatury. Patrzysz, gdzie noga się ślizga, gdzie trzeba dorzucić poręcz, gdzie jesteście już gotowi na głębszą wodę.

Innowacja w żywym systemie to nie jest jednorazowy skok.

To seria świadomych kroków, w których równie ważne jak „czy to działa” jest „w jakim stanie my do tego dochodzimy”.


I właśnie tam, między pierwszym szkicem a drobną poprawką po pilotażu, dzieje się prawdziwa zmiana.

Taka, którą czuć nie tylko w raportach, ale też w tym, jak ludzie wychodzą z pracy.

Czy są wypaleni, czy po prostu, po ludzku, zmęczeni, ale z poczuciem, że idą w stronę, która ma sens.

 

bottom of page