
Marta Skiba
Coach
Na zegarze 10:07.
W systemie „remote, global, dynamic environment”.
W ciele lekki ucisk w żołądku, którego nie wpiszesz do żadnego raportu.
Na poziomie CV wszystko wygląda logicznie.
Znasz języki. Ogarniasz różne kultury. Umiesz być pomostem: między zarządem a zespołem, między lokalnym rynkiem a centralą, między tym, co „global”, a tym, co „tu u nas”.
System to kocha. System potrzebuje ludzi, którzy umieją tłumaczyć jednych na drugich.
Więc tłumaczysz.
Na callu mówisz: Jasne, przekażę to zespołowi, znajdziemy sposób.
Po callu mówisz: Spokojnie, nie damy sobie dołożyć, poukładamy to tak, żeby się dało żyć.
Między jednym „ok, załatwię” a drugim „nie martwcie się” Twoje ciało robi nadgodziny. Reguluje napięcia, które nie są tylko Twoje.
Na LinkedIn wygląda to jak rozwój. W środku coraz częściej jak rozciąganie na wszystkie strony naraz.
Pierwsze lustro przychodzi zwykle w najgorszym momencie. Nie od coacha, tylko od życia.
Może to być rozmowa z kimś bliskim, kto rzuci półserio: Ty jesteś wiecznie „pomiędzy”. Ani tu, ani tam.
Albo zdanie z terapii, którego nie da się odnieść do „projektu” czy „branży”: Ty wciąż próbujesz być lojalna wobec wszystkich systemów naraz.
Jedno słowo, które nagle zbiera do kupy bardzo różne sytuacje: lojalność.
Lojalność wobec firmy. Lojalność wobec swojej kultury. Lojalność wobec nowego kraju. Lojalność wobec zespołu. Lojalność wobec tego, jak „powinno się” pracować.
I nagle widzisz, że Twoje życie zawodowe to nie jest tylko lista zadań. To jest układ sił.
Test nowej mocy wygląda na początku całkiem niewinnie.
Mówisz sobie: „od przyszłego tygodnia po 18:00 nie odbieram służbowego telefonu”. Albo: „na spotkaniach nie będę automatycznie brać roli tłumacza emocji wszystkich obecnych”.
Pierwsze trzy dni idzie nieźle. Kończysz pracę, odkładasz laptop, wychodzisz z domu bez słuchawek. Na spotkaniu milczysz przez pierwsze pięć minut, zamiast od razu „spinać”.
I wtedy system się odzywa. Ten w środku.
Głos w głowie mówi: „Jak nie wejdziesz, zrobi się bałagan”. „Jak im nie pomożesz, zawalisz relacje”. „Jak nie odbierzesz teraz, zobaczą, że nie jesteś zaangażowana”.
To nie jest mail od przełożonego. To jest wdrukowany mechanizm: być osobą, która ogarnia między jednymi a drugimi. Od dziecka. Od domu. Od szkoły. Od pierwszej pracy.
System wraca wewnątrz Ciebie. Zanim jeszcze ktokolwiek zdąży Cię ocenić.
Prawdziwy wróg nie siedzi w HR-ze. Nie ma loga ani stanowiska.
To nie jest „ta firma”. Nie „ta branża”. To jest to, co zrobiła z Tobą wieloletnia jazda między systemami.
System języków: w jednym jesteś „za miękka”, w drugim „za bezpośrednia”.
System kultur: w jednym patrzą, czy siedzisz długo, w drugim czy dostarczasz, choćbyś pracowała z plaży.
System wymagań: z jednej strony „bądź elastyczna”, z drugiej „pilnuj granic”.
System wewnętrzny: głos, który mówi: „jeśli potrafisz, to powinnaś”.
Nie potrzebujesz złego szefa, żeby być przeciążona. Wystarczy architektura, w której każdy system ciągnie Cię w swoją stronę.
Moment dna rzadko wygląda spektakularnie.
To nie musi być dramatyczne wypalenie z L4 na pół roku. Często to jest zwykły dzień, w którym Twoje ciało po prostu mówi: „koniec”.
Siedzisz na kolejnym callu. Kamera wyłączona, bo „internet słaby”. W notatkach masz wczorajsze zadania, których nie zdążyłaś. W skrzynce trzy maile z różnymi wersjami „pilne”.
Ktoś z centrali wrzuca nowy pomysł, który oczywiście spadnie na Twój region. Ktoś na czacie prywatnym pisze: „weź to jakoś przyblokuj, bo nas wykończą”.
Otwierasz usta, żeby jak zwykle „zbalansować perspektywy”, i… nic.
Ciało nie chce.
Nie masz żadnego zewnętrznego powodu, żeby „nie dawać rady”. Masz dobrą pracę. Umowę. Umiesz, możesz, potrafisz.
A jednak pod koniec dnia siedzisz na kanapie i nie potrafisz odpowiedzieć na proste pytanie: „Czego Ty w tym wszystkim chcesz?”.
Systemy zniknęły z ekranu. Zostało zachowanie: automatyczne „tak”, automatyczne „ogarnę”.
I nagle widzisz bardzo trzeźwo: to nie jest tylko „dużo pracy”. To jest życie w trybie ciągłej gotowości między systemami.
Trzeci akt zaczyna się nie od wielkiej decyzji, tylko od nazwania.
W którymś momencie mówisz na głos do siebie, do kogoś zaufanego:
Ja nie żyję „w firmie”. Ja żyję między systemami.
Między kulturami. Między językami. Między wymaganiami a granicami. Między odpowiedzialnością a regeneracją. Między ambicją a kosztem. Między strukturą a wolnością. Między tym, co trzeba, a tym, co naprawdę moje.
To jedno zdanie ustawia inaczej całą mapę.
Bo jeśli jesteś między systemami, to przestajesz zadawać sobie pytanie: „Dlaczego nie wyrabiam, skoro inni jakoś mogą?”.
Zaczynasz zadawać inne: „Kto ma dostęp do mojego czasu, energii, języka?”.
„W imię czego jestem lojalna i kto w ogóle o tę lojalność poprosił?”.
Najpierw przychodzi nazwa. Potem dopiero działanie.
Działanie może być dużo mniej spektakularne, niż się wydaje.
Może być decyzja, żeby zamiast kolejnej książki o „zarządzaniu sobą w czasie” usiąść z kimś, kto pomoże Ci zobaczyć architekturę, w której żyjesz i zacząć korygować ją tak, żeby dało się w niej być długoterminowo.
Po co Ci ta opowieść?
Bo jeśli czytasz to z myślą „to brzmi jak ja”, to prawdopodobnie jesteś właśnie w tym miejscu:
na zewnątrz wszystko działa, wyniki, projekty, języki, kultury, w środku rośnie koszt, którego nikt poza Tobą nie widzi.
Nie napiszę Ci, że wystarczy „lepiej odpoczywać” albo „bardziej wierzyć w siebie”. To nie jest historia o motywacji.
To jest historia o architekturze.
O tym, co się dzieje z ciałem i psychiką człowieka, który zbyt długo żyje między systemami, nie mając własnego.
A jeśli teraz siedzisz przy cudzym biurku, w cudzym języku, w cudzej kulturze i czujesz, że zbyt często płacisz sobą za to, żeby wszystko się spinało, to od tego jednego zdania możesz zacząć:
„To nie ja jestem problemem. Problemem jest to, że za długo żyję między systemami, bez własnych granic”.
Reszta to proces. Ale od dziś przynajmniej wiesz, jak to nazwać.
