
Marta Skiba
Coach
Najpierw spada śnieg z reklam.
Świąteczne miasto wygląda jak plan filmowy: migające witryny, czerwone kubki z cynamonową kawą, choinki w co drugim oknie. W środku galerii handlowej tłum porusza się jak jeden organizm. Trochę w nerwach. Trochę w pośpiechu. Trochę z przyzwyczajenia.
Ktoś pcha wózek z prezentami dla wszystkich.
Ktoś inny, stojąc w kolejce po karpia, odpisuje na kolejne:
„Wpadniecie do nas w drugi dzień świąt?”
To zaproszenie ląduje na liście, która już dawno przestała się mieścić w głowie.
W mieszkaniu obok choinki leży otwarty kalendarz.
Wigilia tu.
Pierwszy dzień tam.
Drugi dzień jeszcze gdzie indziej.
Między tym wszystkim trzeba jakoś wcisnąć sen, jedzenie, własny rytm dnia, ciszę.
„Przecież wszyscy tak mają” myślisz.
„Taki czas”.
Dlaczego to jest takie trudne?
Za dużo ludzi.
Za dużo rozmów.
Za dużo hałasu.
Za dużo oczekiwań.
System, w którym funkcjonujesz na co dzień, też nie jest specjalnie czuły. Ale w święta często dokręca śrubę.
Bo tak wypada.
Bo „raz w roku”.
Bo „rodzina jest najważniejsza”.
Bo „no co Ty, nie wpadniesz chociaż na chwilę?”.
W takim czasie bardzo łatwo wejść w tryb maskowania.
Zamiast sprawdzać:
Ile mam dziś realnie energii?
Ile bodźców mogę przyjąć, zanim mnie zaleje?
zaczynasz skupiać się na tym, jak wyglądasz z zewnątrz.
Rozmawiałam z osobami, które opowiadały, jak wychodziły z rodzinnego spotkania albo firmowej wigilii i płakały w samochodzie.
Nie dlatego, że stało się coś spektakularnie złego.
Nikt nie trzaskał drzwiami. Nikt nie rzucał talerzami.
Maskowanie, dopasowywanie się, ciągłe trzymanie swoich reakcji pod kontrolą kosztuje.
Dla otoczenia często jest niewidoczne.
To trochę tak, jakby każdy świąteczny dzień był siedzeniem na miękkiej kanapie, pod którą po cichu pracuje silnik od traktora.
Są relacje, których nie chcesz teraz rozbijać.
Są sytuacje, z których nie możesz po prostu wyjść.
Są ludzie, którzy nie muszą wiedzieć wszystkiego o Twoim układzie nerwowym.
Ale nawet jeśli nie zmienisz od razu całego systemu, możesz zacząć zmieniać to, gdzie kierujesz uwagę.
Spróbuj na chwilę odwrócić ten wektor.
Zamiast: „Jak inni się czują?”
zadaj sobie pytanie: „Jak ja się mam?”.
Nie zaczynaj od zachowania.
Wiem, że to trudne, bo masz poczucie, że ludzie widzą właśnie to:ręce, które za szybko się ruszają,głowę, która nagle gdzieś odpływa,moment, w którym wybuchasz albo zamykasz się w sobie.
Ale pod zachowaniem jest coś ważniejszego:
Twój poziom energii i stopień regulacji.
Możesz wyobrazić sobie, że masz w środku prosty wskaźnik.
Coś między termometrem a baterią w telefonie.
Nie do mierzenia: „czy jestem wystarczająco grzeczna na tym spotkaniu?”.
Do mierzenia: „ile mam jeszcze zasobów, zanim zacznę działać w trybie awaryjnym?”.
Zamiast:„Powinnam zostać do końca, bo tak wypada”
spróbuj: „Ile jeszcze dam radę tu być, zanim przekroczę siebie?”.
Zamiast: „Wszyscy rozmawiają, więc muszę się odzywać”
zapytać: „Czy moje ciało potrzebuje teraz ciszy? Wyjścia na balkon? Łazienki z zamkiem i trzech minut oddechu?”.
Zamiast: „Dobra, wypiję jeszcze jedną kawę, jakoś się ogarnę”
zadać sobie pytanie: „Czy moja głowa potrzebuje teraz kolejnego bodźca, czy może wody i kilku spokojnych wdechów?”.
To nie są wielkie strategie.
To małe przesunięcie: z dbania o obraz na zewnątrz na dbanie o system w środku.
Świadome myślenie o poziomie energii i granicach nie sprawi, że nagle znikną wszystkie powinności.
Najprawdopodobniej wciąż: pojedziesz tu i tam, uśmiechniesz się do cioci, pojdziesz na firmowe spotkanie.
Ale to, że po drodze kilka razy sprawdzisz: „Jak ja się mam?” i pozwolisz sobie na mikro–regulację, może zrobić ogromną różnicę.
To też jest część procesu.
Są rzeczy, które wybierasz. Z różnych powodów. Są rzeczy, na które się zgadzasz, bo tak chcesz. Są takie, na które się zgadzasz, choć ciało mówi „nie” i wtedy warto chociaż zobaczyć cenę, jaką za to płacisz.
„Powinność” brzmi, jakby przyszła z zewnątrz i była nie do negocjacji. Jak wyrok.
A Ty możesz zacząć traktować świąteczne zaproszenia jak to, czym w istocie są: propozycje.
Spróbuj chociaż raz czy dwa zadać sobie cicho pytanie:
„Jak mój system ma się teraz naprawdę?”.
Nie musisz odpowiadać na głos. Wystarczy, że usłyszysz tę odpowiedź w środku i potraktujesz ją choć odrobinę poważniej niż świąteczne „wypada”.
To świąteczna architektura „muszę… powinnam… wypada…”bywa o kilka numerów za ciasna dla zmęczonego układu nerwowego.
