
Marta Skiba
Coach
Wyobraź sobie, że siedzisz na kolejnym szkoleniu.
Na slajdzie: koło, strzałki, pudełka, strzałki, jeszcze jedno pudełko. Trener z błyskiem w oku mówi: Musimy zacząć myśleć systemowo. Holistycznie. Z poziomu helikoptera.
W głowie masz jedną myśl: „Ja bym na razie chciała pomyśleć z poziomu kanapy i ciepłej herbaty, dziękuję”.
Myślenie systemowe to przecież klasyk korporacyjnego bingo. Trochę jak „synergia”, „strategiczny alignment” i „innowacyjne rozwiązania end-to-end”.
Możesz nimi spokojnie grać w „kto pierwszy zwymiotuje”.
I wiesz co? W pewnym sensie masz rację, że przewracasz oczami.
Bo bardzo często „myślenie systemowe” jest dokładnie tym, czego nie potrzebujesz: kolejnym schematem, kolejną prezentacją, jeszcze jedną warstwą mądrych słów, które nie zmieniają nic w Twoim kalendarzu ani w Twoim ciele.
Ale.(I tak, będzie „ale”.)
Pod spodem jest coś, co może Ci uratować zdrowie psychiczne. Pod warunkiem, że odrzesz to z konsultingowego brokatu.
Zacznijmy od tego, jak wygląda „myślenie niesystemowe” w praktyce.
W pracy:
„Nie dowozisz? Musisz lepiej zarządzać sobą w czasie.” „Spóźniasz się z zadaniami? Ustal priorytety.” „Jesteś przemęczona? Zadbaj o well-being, mamy aplikację.”
W domu:
„Masz problemy z dzieckiem? Musisz być bardziej konsekwentna.”– „Nie wyrabiasz z ogarnianiem? Lepsza organizacja, mniej nadwrażliwości.”
W głowie:
„Inni jakoś dają radę. Co jest ze mną nie tak?”
Czyli: jeśli coś boli, szukamy winnego w jednostce. Najlepiej w Tobie.
System, firma, szkoła, rodzina, kultura, jest jak tło w PowerPoincie: niby jest, ale nikt się nim na serio nie zajmuje.
Myślenie niesystemowe kocha zdanie: „Wystarczy, że się bardziej postarasz”.
Idealne, bo niczego nie trzeba zmieniać. Poza Tobą.
Teraz weźmy myślenie systemowe to prawdziwe, nie z roll-upa.
Wyobraź sobie, że zamiast „co jest ze mną nie tak?” ktoś zadaje inne pytanie:
„W jakim systemie próbujesz funkcjonować i jak ten system jest zbudowany?”
Brzmi dalej mądrze, wiem. To przyziemnijmy.
System to nie abstrakcja. To: ile osób w zespole robi robotę za ilu, jakie są realne godziny pracy, kto podejmuje decyzje i jak często je zmienia, czy możesz powiedzieć „nie” bez zemsty, czy błąd jest powodem do rozmowy czy do publicznego grillowania, ile czasu w Twoim kalendarzu to praca, a ile „praca o pracy”.
Myślenie systemowe nie pyta: „czemu ta osoba jest wypalona?”. Pyta: „co w tej architekturze sprawia, że ludzie regularnie się tutaj wypalają?”.
Zauważasz różnicę? W pierwszym wariancie: „idź na jogę”. W drugim: „czemu robicie trzy etaty w pięć osób i udajemy, że to normalne?”.
A teraz dołóżmy „między systemami”.
Bo są osoby, które nie żyją tylko w jednym układzie. Ty być może jesteś jedną z nich.
Rano system firmy. Po południu system rodziny. W tle system kulturowy: to, co „przystoi”, co „wypada”, jak „powinna” wyglądać „porządna dorosłość”.
Na spotkaniu strategicznym masz garnitur języka angielskiego, „stakeholderów” i „deliverables”. W domu garnitur tekstów: „nie rób problemu”, „u nas się zawsze dawało radę”, „inni mają gorzej”.
Do tego system wewnętrzny: Twój temperament, Twoja wrażliwość, Twoje ciało, które ma konkretne granice. I jeszcze mózg, który np. działa neuroatypowo, ale świat o tym oficjalnie nie wie, tylko nazywa to „roztrzepaniem” albo „za dużą emocjonalnością”.
I teraz uwaga, hit, myślenie niesystemowe zrobi z tego diagnozę w stylu:
„Jesteś za mało odporna na stres.”
Myślenie systemowe powie raczej:
„Nie dziwię się, że jesteś zmęczona, jeśli jednocześnie: tłumaczysz zarząd na zespół, zespół na zarząd, ‘korpo’ na rodzinę, rodzinę na ‘korpo’, a na koniec siebie na wszystkich.”
To nie jest „słabość charakteru”. To jest fizyka.
Tu wchodzi sarkastyczny moment, bo naprawdę rozumiem, czemu ludzie uciekają od słowa „system”.
Bo widzą przed oczami:
konsultanta z laserowym wskaźnikiem, diagramy, które nic nie zmieniają, wielkie słowa o „holistycznej transformacji”, podczas gdy w kuchni kończy się kawa, a w zespole kończy się cierpliwość.
Myślenie systemowe zostało porwane przez slajdy. Zrobiono z niego religię tablicy Miro.
A w gruncie rzeczy to jest dosyć proste, brutalnie praktyczne pytanie:
„Czy to, w czym żyjesz, ma sens w dłuższej perspektywie czy tylko udajemy, że ma?”
Systemowo to:
Zauważyć, że nie wyrabiasz nie dlatego, że „źle planujesz”, tylko dlatego, że masz zaplanowane 10 godzin pracy w 8-godzinnym dniu. Codziennie.
Zauważyć, że Twój zespół nie jest „oporny na zmianę”, tylko po pięciu nieudanych wdrożeniach ma prawo nie wierzyć w szóste.
Zauważyć, że dziecko nie jest „rozpuszczone”, tylko reaguje na napięcie w domu, które dorośli rozładowują pasywnie-agresywnym milczeniem.
Brzmi mniej sexy niż „holistyczny approach”, prawda?
Ale za to naprawdę coś robi z rzeczywistością.
No dobrze, a co z wartością?
Po co Ci ta cała świadomość zależności, skoro jeszcze bardziej widzisz, że to wszystko jest… trochę krzywe?
Po pierwsze przestajesz się naprawiać na oślep.
Zamiast piątego kursu z produktywności mówisz: „Stop. Zanim nauczę się nowej aplikacji do zadań, sprawdzę, czy ja naprawdę mam problem z aplikacją, czy z tym, że mój system pracy jest absurdalny.”
Po drugie zaczynasz widzieć, gdzie Twoje „nie” robi największą różnicę.
Myślenie niesystemowe sprawia, że mówisz „nie” sobie: „nie przesadzaj”, „weź się w garść”, „inni ogarniają bardziej”.
Myślenie systemowe sprawia, że mówisz „nie” architekturze: „nie zrobię tego w tym czasie”, „nie wezmę kolejnego projektu bez zdjęcia innego”, „nie będę jedyną osobą, która tłumaczy wszystkim wszystko”.
To „nie” jest dalej trudne. Ale przynajmniej jest adresowane do właściwego odbiorcy.
Po trzecie zaczynasz widzieć, że nie jesteś jedyna/jedyny.
Kiedy patrzysz systemowo, okazuje się, że to nie Ty jedna masz „problem z asertywnością”. Po prostu w tej firmie mówi się ludziom wprost, że sprzeciw to „brak dopasowania do kultury”.
To nie Ty jedna masz „problem z odpuszczaniem”. Po prostu od dziecka byłaś w systemie, w którym bycie „dzielną” było walutą przetrwania.
I nagle zamiast samotnej walki z własnym charakterem, jest: „aha, to tak działa ten układ”.
A zrozumienie mechanizmu to zawsze pierwszy krok do zmiany.
I teraz najważniejsze:
Myślenie systemowe NIE jest po to, żeby się wymigać od odpowiedzialności. Jest po to, żeby ją wreszcie sensownie podzielić.
Ty, odpowiedzialna za swoje decyzje, granice, reakcje. System, odpowiedzialny za ramy, warunki, reguły gry.
Bez tej świadomości będziesz brać na siebie jedno i drugie. A to jest prosty przepis na chroniczne „życie na kredyt”.
Jeśli więc następnym razem usłyszysz hasło „myślenie systemowe” i poczujesz odruch, żeby przewrócić oczami masz do tego pełne prawo.
Możesz się w duchu uśmiechnąć i powiedzieć:
„Dobrze, dobrze, panie i panowie od helikoptera. A teraz zejdźmy na ziemię: jaki system tu naprawdę działa, kogo chroni, kogo przeciąża, i co ja mogę zrobić, żeby przestać naprawiać siebie tam, gdzie zepsuta jest architektura?”
To jest ten rodzaj sarkazmu, który coś otwiera. Bo za nim stoi bardzo trzeźwe zdanie:
„Nie jestem problemem. Jestem częścią systemu. I dopiero jak to zobaczę, mogę zdecydować, czy chcę w nim zostać po staremu, zostać na innych zasadach, czy, z czasem, z niego wyjść.”
Reszta to już nie slajdy. To Twoje życie. W konkretnych, bardzo realnych systemach. I między nimi.
