
Marta Skiba
Coach
Wyobraź sobie wieczór przed kolejnym tygodniem.
Laptop zamknięty, ale głowa jeszcze nie. W kalendarzu spotkania w trzech strefach czasowych. Pierwszy call po angielsku, drugi po polsku, trzeci „dla odmiany” po niemiecku. W jednym projekcie odpowiadasz przed centralą w innym kraju, w drugim za ludzi, którzy nigdy stamtąd nie wyjadą.
Między kulturami. Między językami. Między odpowiedzialnością a przeciążeniem.
Z zewnątrz profesjonalistka. Osoba, która „ogarnia”. Ktoś, kto potrafi prowadzić rozmowę w sali zarządu i na korytarzu, między kuchenką a drukarką.
W środku czasem pytanie, którego głośno nie wypada zadać:
Czy to ja robię coś źle, czy po prostu mój system i ten system, w którym funkcjonuję, nigdy nie były do siebie dopasowane?
Nie jesteśmy klockami z tej samej taśmy.
Jedni dorastają w świecie, w którym mówienie o swoich potrzebach jest normalne.„Jesteś zmęczona? Odpocznij.” „Nie chcesz iść na studia tutaj? Poszukamy innej opcji.”
Inni w świecie, w którym samo przeżycie było sukcesem. „Ciesz się, że w ogóle masz pracę.” „Nie wybrzydzaj, inni mają gorzej.” „Ambicje to luksus, najpierw rób, co trzeba.”
Jedni słyszeli od dziecka: „Języków się nauczysz, świat stoi otworem.”
Inni, że „daleko od domu nic dobrego cię nie czeka”. Albo po prostu nikt o tym nie mówił. Bo i po co.
Jeśli dziś żyjesz jak na autopilocie w trybie przetrwania, między KPI a dziećmi, między mailami a rachunkami, to bardzo możliwe, że to nie kwestia „złych wyborów”.
To konsekwencja systemu, w którym nauczyłaś się żyć.
Każdy z nas rodzi się w jakimś układzie.
W systemie rodziny, w której było albo za ciasno, albo za luźno. W systemie lokalnej społeczności, która albo wspierała „wyjście w świat”, albo powtarzała jak mantrę: „tak się po prostu żyje”.
W systemie ekonomicznym gdzie od 18. roku życia trzeba było zarabiać, albo można było jeszcze trochę poszukać siebie.
W systemie oczekiwań: „bądź najlepsza” albo „bądź wdzięczna, że w ogóle coś masz”.
Zanim podejmiesz pierwszą „dorosłą” decyzję, już od lat grasz w czyimś układzie.
To nie jest tak, że wszyscy stoimy na tym samym skrzyżowaniu i wybieramy drogę. Część ludzi od początku ma tylko wąską ścieżkę przez las. Bez mapy, bez znaków. Z komentarzem: „nie narzekaj”.
A potem nagle pracujesz w międzynarodowym środowisku, podejmujesz decyzje, które dotykają ludzi w kilku krajach, operujesz w drugim języku jak w drugim kostiumie.
I nadal nosisz w środku tamten system.
Jeśli wychowywałaś się w świecie, w którym podstawowym zadaniem było „przetrwać”, to twoje ciało do dziś potrafi działać jak robot.
Robi, co trzeba. W drugim języku, w trzeciej strefie czasowej, z „performance review” w kalendarzu.
Nie pyta, czy ma siłę. Bo nikt go o to nie nauczył pytać.
Kiedy słyszysz „dbaj o swoje potrzeby”, brzmi to jak hasło z prezentacji wellbeingowej, a nie jak realna opcja dla kogoś, kto odpowiada za budżet, zespół i dzieci w tym samym czasie.
„Trzeba być wdzięcznym, że jest praca.” „Na twoje miejsce są kolejni w kolejce.” „Masz świetne stanowisko, inni by oddali wszystko.”
Pod tym wszystkim czasem pojawia się ciche zdanie: „Szkoda tylko, że w tym wszystkim coraz mniej jest mnie.”
To jest logika systemu, w którym nauczyłaś się nie zajmować sobą.
Są systemy życia, które od początku dają ludziom trochę więcej przestrzeni. Na błąd. Na zmianę zdania. Na spróbowanie czegoś inaczej.
Są systemy, które stoją ludziom na karku od pierwszego dnia. „Nie wymyślaj.” „Nie wyjeżdżaj.” „Nie ryzykuj. ”
To samo widać w kulturach pracy.
Jedna organizacja powie: „Weź tydzień wolnego, widzimy, że jesteś na skraju.”
Druga: „Masz też zadbać o swój wellbeing. Tu masz webinar o oddechu.”
Jeśli ktoś dorastał w środowisku, gdzie normalne było studiowanie, zmiana miasta, robienie przerw na zagraniczne stypendium, ma w głowie inne menu możliwości niż ktoś, kto od 16 roku życia musiał zarabiać na siebie i rodzeństwo.
To, że masz dziś bardziej wymagające warunki, może mówić o tym, że masz za sobą dużo więcej niewidzialnej pracy niż ktoś, kto „po prostu” miał bardziej wspierający system startowy.
I teraz ty. Tu, gdzie jesteś.
Między dwoma (albo trzema) systemami wartości. Między kulturą pracy, w której „wynik jest królem”, a ciałem, które coraz głośniej mówi „stop”.
Między odpowiedzialnością za innych a brakiem przestrzeni na własne tempo.
Między strukturą globalnej organizacji a potrzebą choć odrobiny wolności.
Bycie między systemami męczy podwójnie.
Drugi język to czasem drugi kostium. Na zewnątrz płynnie, poprawnie. W środku każde zdanie przechodzi przez dodatkowy filtr kontroli.
Performance pressure abroad to też system. Niewidzialny, ale działający. „Skoro tu jesteś, to udowodnij, że zasługujesz.”
Nie każdy z nas może jutro zrezygnować z kontraktu, przenieść się do innego kraju, zmienić całe życie.
Ale prawie każdy ma choć milimetr przestrzeni, żeby system, w którym funkcjonuje, był odrobinę bardziej po jego stronie niż wczoraj.
Mały wybór w ciasnym systemie to może być:
zamiast brać każde nowe zadanie automatycznie, odpowiedzieć: „potrzebuję chwili, żeby zobaczyć, gdzie to w ogóle zmieścić”;
zamiast kolejne „jasne, dam radę”, raz w tygodniu powiedzieć: „dzisiaj nie, mogę wrócić z tym jutro”;
zamiast jeszcze jednego wieczornego calla „bo tak wypada”, postawić granicę na jednej strefie czasowej dziennie; zamiast maskować przed wszystkimi, znaleźć choć jedną osobę, z którą możesz mówić trochę mniej oficjalnym tonem.
Co jeśli świadomość nie przyszła z domu?
Często przychodzi z zewnątrz.
Z przypadkowego wpisu, który nazywa coś, co u ciebie zawsze było „normalne”, słowami: „to jest za dużo”, „to jest nieludzkie”.
Z książki, która pierwszy raz mówi, że myślenie o własnych granicach nie jest egoizmem, tylko elementem zdrowego systemu.
Z rozmowy z kimś z innej kultury pracy, kto na twoje „tak się po prostu robi” reaguje szczerym zdziwieniem.
Nie każdy ma dziś możliwość zmienić cały system. Ale każdy zasługuje na to, żeby ktoś spojrzał na jego życie z ludzkiej strony i powiedział:
