top of page

Gdyby świat był w Twoim rozmiarze. O zdrowym środowisku dla Ciebie.

sty 5

5 min czytania

0

0

Najpierw są budynki.

Wysokie biurowce na Mokotowie. Warszawa, wtorkowy poranek. Szklane lobby, kawa z automatu, ludzie z identyfikatorami na szyi. Na piętnastym piętrze M. siada przy biurku z widokiem na miasto. Slack już mruga, skrzynka już pełna. Kalendarz w paski od ósmej do szesnastej trzydzieści. M. wkłada słuchawki, poprawia krzesło, otwiera kolejną prezentację. Gdzieś w środku ciche: „znowu będzie bieg, nie dzień”.


Małe miasto pod Gdańskiem. Dom w szeregowcu, jeszcze cicho, zanim obudzą się sąsiedzi. K. w półmroku kuchni nalewa sobie pierwszą kawę. W pokoju obok śpią dzieci, na blacie leży lista zakupów i kartka z nagłówkiem „sprawy do ogarnięcia”. Szkoła, logopeda, mail do wychowawczyni, pranie, obiad, faktura, którą trzeba w końcu wystawić. Za dwie godziny zaczyna zdalną pracę. „Może dziś uda się wyrwać pół godziny dla siebie” myśli. Wie, że zazwyczaj się nie udaje.


Open space na obrzeżach Berlina. Rośliny w doniczkach, rowery przypięte pod oknami, mieszanka języków. A. ma na biurku dwa monitory, kubek z herbatą i zdjęcie z wyjazdu, na którym wygląda, jakby naprawdę odpoczywała. Ostatni raz była na takim wyjeździe trzy lata temu. „Lubię tu pracować. Dużo się dzieje” odpowiada, gdy ktoś pyta. Dopowiada w myślach: „dużo się dzieje we mnie, tylko nikt tego nie widzi”.


Niewielka miejscowość w Norwegii. Szaro, wilgotno, morze za oknem. J. wychodzi z porannej zmiany w szpitalu. Na zegarku dziesiąta rano, w ciele druga trzydzieści w nocy. Wsiada do samochodu, włącza ogrzewanie fotela, zaciska dłonie na kierownicy. „Przecież mam dobrą pracę. Stabilną. Szanują mnie” powtarza sobie. Pod spodem pulsuje inne zdanie: „tylko ja siebie coraz mniej szanuję, jak tak ciągle przestawiam się pod system”.

Różne miasta, różne języki, różne zawody.


Wspólne jest jedno: każdy z tych poranków dzieje się w jakimś systemie.

I każdy z tych systemów ma ten sam defekt: był projektowany bez Ciebie przy stole.


Akt I. System, który „działa”

Z zewnątrz wszystko się spina.

M. dowozi projekty.

K. ogarnia dom, dzieci i klientów.

A. jest „tą kreatywną, co zawsze coś wymyśli”.

J. ma stabilny etat i dyżury, które da się wpisać w grafik.

Każda z nich jest kompetentna. Odpowiedzialna. Słowna.


System to lubi. System lubi ludzi, którzy trzymają wszystko w ryzach.

Możesz nazwać to karierą, odpowiedzialnością, dorosłością. Możesz dołożyć do tego ładne słowa o „zaangażowaniu” i „profesjonalizmie”. Fakty są proste: coś działa. Zadania są odhaczone. Terminy dotrzymane. Świat zewnętrzny jest zadowolony.


Tylko że rachunek przychodzi gdzie indziej.

W ciele: napięcie, które nie schodzi nawet po weekendzie. Sen, który nie regeneruje. Głowa, która nie potrafi się wyłączyć.

W relacjach: coraz mniej cierpliwości do bliskich. Coraz więcej „nie teraz, później, jestem zmęczona”.

W sobie: cichy wstyd, że skoro „obiektywnie nie jest tak źle”, to nie powinnaś czuć się aż tak wykończona.


Sukces ≠ wolność. To jest pierwsza rysa w historii o „dobrych warunkach”.

System nie potrzebuje złego szefa, żeby Cię docisnąć. Wystarczy mu struktura. Godziny pracy, które nie uwzględniają Twojego rytmu. Procesy, które zakładają, że ciało to masz od szyi w dół, a emocje najlepiej zostawiać w domu. Kultura, która nagradza tych, którzy ratują wszystkich poza sobą.


Akt II. Lustro i prawdziwy wróg

W którymś momencie wszystkim bohaterkom tej historii przydarza się to samo.

Nie spektakularne wypalenie. Nie dramatyczne trzaśnięcie drzwiami.

Tylko drobne zdanie, które zaczyna dręczyć.

„Przecież ja się w to nie mieszczę”.


Słowo, które zwykle pada w gabinecie, brzmi: niedopasowanie systemowe.

Nie „za słaba”. Nie „za wrażliwa”. Nie „nieogarnięta”. Tylko: żyjesz w architekturze, która jest o numer za ciasna na Twój układ nerwowy, wartości, sposób myślenia.


To słowo działa jak bomba, bo odwraca kierunek winy.

Przez chwilę robi się lżej. Bohaterka testuje nową moc.

M. pierwszy raz odmawia „drobnej rzeczy na jutro”.

K. prosi kogoś o pomoc, zamiast brać wszystko na siebie.

A. zamyka laptopa o osiemnastej, choć w mailach jeszcze się świeci.

J. prosi o zmianę dyżuru, bo ciało już nie wyrabia.


Na moment system się cofa. Na ułamek sekundy widać, że można inaczej.

A potem wraca. Tyle że już nie tylko na zewnątrz.

Prawdziwy wróg nie siedzi w open space’ie.

Prawdziwy wróg to głos, który mówi:

„Nie przesadzaj”.

„Inni dają radę”.

„Jak odpuścisz, to wszystko się posypie”.

„Najpierw obowiązki, potem Ty”.


To jest lojalność wobec systemu, który nie jest lojalny wobec Ciebie.

Wdrukowana strategia przetrwania: dopasuj się, złóż siebie, nie sprawiaj kłopotu.

System zewnętrzny można zmienić, opuścić, negocjować.

System wewnętrzny ten, który nauczył Cię, że Twoje potrzeby są „na końcu kolejki” będzie próbował iść z Tobą wszędzie.


I dlatego jest moment regresu.

Wracasz do starych wzorców, choć już widziałaś, że można inaczej. Bierzesz za dużo. Przedłużasz o jeden projekt. Zgadzasz się na coś, na co ciało mówi „nie”, bo tak łatwiej „na teraz”. Bez alibi. Bez złego szefa w tle. System zniknął. Zachowanie zostało.

To jest to miejsce, którego najbardziej nie lubimy oglądać.

Tu pęka stara tożsamość: ta, która mówiła „ja po prostu taka jestem – ta, co zawsze daje radę”.


Akt III. Język, który robi miejsce

Zmiana zaczyna się w dużo mniej spektakularny sposób, niż chciałoby kino.

Nie od rzucenia papierami na biurko.

Od nazwania.

„To nie jest moje wypalenie. To jest architektura, która nie jest w moim rozmiarze”.

„To nie jest brak odporności. To jest system, który nie bierze pod uwagę ciała”.

„To nie jest słabość. To jest lojalność wobec systemu, który mnie zużywa”.


Kiedy zaczynasz używać takiego języka, robisz dwie rzeczy naraz.

Po pierwsze: przestajesz traktować swoje zmęczenie jak defekt. Zaczynasz je traktować jak sygnał.

Po drugie: wyciągasz problem z poziomu „ja jestem jakaś popsuta” na poziom „to, jak jest poukładane, nie działa dla mnie długoterminowo”.


Zdrowy system, ten w Twoim rozmiarze, nie jest pastelową wersją tego, co masz teraz. Nie chodzi o to, żebyś zamiast pięciu projektów miała cztery, a zamiast czterech spotkań, trzy.

Chodzi o inny porządek ważności.

System w Twoim rozmiarze:

zakłada, że masz ciało, które potrzebuje snu, przerw i czasu bez bodźców,

nie robi z Twojego „nie” osobistej zniewagi,

traktuje odpoczynek jako część procesu, nie nagrodę za bycie na skraju,

nie wymaga, żebyś codziennie była tą samą wersją siebie o 9:00 rano.

To nie jest utopia. To jest minimum, pod którym dorosły człowiek nie powinien się podpisywać.


I teraz najważniejsze: nikt nie przyjdzie i nie narysuje Ci tego systemu za Ciebie.

Twoje życie już jest jakimś projektem architektonicznym. Tyle że w większości przygotowanym przez innych: rodzinę, kulturę, korpo, przyzwyczajenia. Twoje zadanie nie polega na tym, żeby jednym ruchem burzyć wszystko. Raczej na tym, żeby zacząć przesuwać ściany.

O milimetr.


W poniedziałek M. nie zgodziła się na „małą wrzutkę na jutro”. Napisała: „wezmę to w przyszłym tygodniu, dziś kalendarz jest pełny”.

K. przełożyła jedno świąteczne spotkanie, choć usłyszała przez telefon ciężkie westchnięcie. Zamiast pięciu wizyt – cztery. W tej jednej wolnej godzinie usiadła w ciszy na kanapie. Bez ekranu.

A. wyłączyła powiadomienia na dwie godziny dziennie. Świat się nie zawalił. Za to głowa pierwszy raz od dawna poczuła, że ma przestrzeń na myśl, nie tylko na reakcję.

J. oddała jeden dyżur. Po prostu. Bez tłumaczenia się z każdej godziny.


To nie są instagramowe rewolucje. To są czynności budowlane.

Jeden mail, którego nie bierzesz „od razu”.

Jedno „nie”, wypowiedziane o dwa dni wcześniej, niż zwykle byś wytrzymała.

Jedna przerwa, która jest naprawdę przerwą.

Jeśli siedzisz teraz przy cudzym biurku – albo przy własnym stole, który dawno przestał być Twój – ta historia w którymś momencie przestaje być „o nich”.

Zaczyna być o Tobie.


Nie potrzebujesz kolejnej dawki motywacyjnych haseł. Potrzebujesz języka, który pozwoli Ci zobaczyć, że to nie Ty jesteś „za dużo” albo „za mało”.

To system jest nie w Twoim rozmiarze.

A od chwili, gdy to nazwiesz, każdy milimetr przesunięcia zaczyna mieć znaczenie.


Nie obiecuję happy endu. Obiecuję coś innego: jeśli zaczniesz traktować swoje życie jak projekt architektoniczny, a nie jak niekończące dam radę, przestaniesz próbować przeciskać się przez drzwi, które od początku nie były dla Ciebie.

Reszta?

Reszta to już tylko drobne przesunięcia ścian.



bottom of page