
Marta Skiba
Coach
3 scenariusze, które wracają w moim gabinecie
Początek jest zwykle podobny.
Okienko na Zoomie. Po drugiej stronie ktoś poprawia włosy, bierze łyk herbaty, jeszcze przez chwilę opowiada o „ciężkim okresie w firmie”. O tym, że „wszyscy są zmęczeni”, że „taki mamy teraz czas”. Kalendarz w paski, skrzynka po brzegi, raporty, projekty, ludzie.
I dopiero po trzecim, czwartym zdaniu, trochę ciszej, pojawia się to, o co naprawdę chodzi:
Ja już tak chyba nie chcę. Tylko nie wiem, co mam z tym zrobić.
Zostawić wszystko tak, jak jest.
Odejść.
Czy spróbować zmienić zasady gry tam, gdzie jestem.
Trzy scenariusze. Wracają jak refren. W tle kredyty, dzieci, mieszkania, ciała, które coraz gorzej znoszą „jeszcze jakoś to ogarnę”.
Nie wierzę w neutralność tych decyzji. Każda coś chroni i za każdą jest jakaś cena.
1. Zostać
Z zewnątrz to zwykle wygląda najbardziej rozsądnie.
Jest umowa. Jest stały przelew dziesiątego. Jest zespół, który znasz już na pamięć. Wiesz, kto podniesie słuchawkę, a kto odpisze po trzech dniach. Znasz skróty klawiszowe do systemu i skróty zachowań, żeby nie narobić sobie wrogów.
Jedna z klientek powiedziała:
„To nie jest tak, że ja kocham tę pracę. Ja po prostu znam ten układ. Wiem, czego się spodziewać. Nowe miejsce to znowu od początku udowadnianie.”
I rozumiem to.
Zostanie bywa bardzo trzeźwym wyborem.
Bo w tym momencie życia nie ma przestrzeni na duże ryzyko. Bo ciało jest tak zmęczone, że sama myśl o rekrutacjach, rozmowach i wdrażaniu się wywołuje dreszcz bardziej niż entuzjazm. Bo dzieci właśnie zmieniają szkołę. Bo partner przebranżawia się i przez kilka miesięcy będzie na niższych zarobkach. Bo rodzice chorują i jesteś jednym z filarów, na których opiera się domowy system.
System domowy też ma swoją architekturę i swoje żądania.
Tyle że „zostanie” ma swoją ciemniejszą stronę, która rzadziej trafia do prezentacji o work–life balance.
Godzisz się na za duże obciążenie, „bo przecież teraz jest taki czas, a potem się wyrówna”. Przesuwasz granice, bo „wszyscy tak robią”. Zostajesz dłużej, milczysz na spotkaniach, bierzesz na siebie kolejne „tylko to jedno”, aż któregoś dnia łapiesz się na tym, że nie wiesz już, czy jesteś tu jeszcze z wyboru, czy tylko z rozpędu.
Wtedy bardzo często słyszę zdanie:
„Może ja po prostu jestem niewdzięczna. Tyle ludzi chciałoby być na moim miejscu.”
To jest moment, w którym się zatrzymuję.
I zadaję pytanie, które nie zawsze jest wygodne:
Czy to naprawdę wdzięczność, czy raczej strach przed ruchem?
Zostanie ma swoją cenę: codzienne mikro kompromisy ze sobą.Tak drobne, że często nawet ich nie zauważasz.
2. Odejść
Drugi scenariusz brzmi jak wolność.
Nowy początek. Czyste biurko. Wylogowanie się z systemu, na który od dawna narzekasz. Czasem „odejść” znaczy zmienić firmę. Czasem zrobić przerwę. Czasem wreszcie powiedzieć „nie” relacji, w której od lat jesteś głównie funkcją do spełniania cudzych potrzeb.
Dzień złożenia wypowiedzenia często brzmi w opowieściach jak scena z filmu.
Długopis. Podpis. Lekkie drżenie rąk. Winda, która tym razem jedzie jakby wolniej. Drzwi budynku, za którymi przez chwilę jest… nic. Uczucie, że pod stopami na moment nie ma podłogi.
W teorii – ulga.
W praktyce – ulga wymieszana z przerażeniem.
Bo odejście to nie tylko „nareszcie stąd wychodzę”.
To też próżnia, w której przez jakiś czas nie ma gdzie położyć rąk.
Nie ma kalendarza, który sam się wypełnia. Nie ma gotowych zadań. Nie ma „wiadomo, czego się ode mnie oczekuje”. Pojawia się pytanie, które wiele osób odwlekało latami:
Co ja właściwie chcę robić?
Jedna z klientek, która marzyła o odejściu przez dwa lata, powiedziała po kilku tygodniach wolności:
„Nikt mnie nie uprzedził, że to będzie aż tak głośno w środku. Tyle głosów naraz: że powinnam, że zmarnuję szansę, że już jestem za stara, że teraz to dopiero muszę coś udowodnić.”
Dlatego, kiedy pracujemy nad odejściem, nie zatrzymuję się na haśle „ucieknę stąd”.
Patrzymy, czy jest gdzie lądować.
Choćby prowizorycznie.
Czy masz choć szkic siatki bezpieczeństwa, finansowej, emocjonalnej, relacyjnej.
Czy to odejście jest aktem troski o siebie, czy desperackim ruchem z miejsca „byleby już nie to”.
Odejście ma swoją cenę: lęk, tymczasowa próżnia, konfrontacja z własnymi głosami, które do tej pory zagłuszał kalendarz.
Nie jest lepsze ani gorsze od zostania.Jest po prostu inną odpowiedzią na to samo pytanie: na jakich warunkach chcę być w swoim życiu?
3. Zmienić zasady gry
Trzeci scenariusz brzmi najmniej spektakularnie, a bywa najbardziej wymagający.
Zostać, ale inaczej.
Nie jako ta, która zawsze „jakoś to ogarnia”, bierze na siebie osierocone projekty, szkoli innych, oddaje wiedzę w zamian za „dziękujemy, że się zgodziłaś”.Tylko jako ktoś, kto zaczyna przecierać nową ścieżkę w starym lesie.
To są momenty, kiedy słyszę:
„Nie chcę jeszcze odchodzić. Ale nie dam rady na tych warunkach.”
I tu zaczyna się precyzyjna robota. Bez fanfar.
Zmiana zasad gry wymaga tego, czego większość systemów nie znosi: realnego przesuwania granic.
Jedna z kobiet opowiadała, jak pierwszy raz poszła do szefa z kartką. Na kartce: rozpisane zadania, ile czasu naprawdę zajmują, gdzie widzi ryzyko, co można oddać, co jest kluczowe. Żadnej „emocjonalnej tyrady”. Konkret.
... „Wyszłam z tej rozmowy jak po biegu na pięć kilometrów” powiedziała. ... „Zmęczona, spocona, ale pierwszy raz od dawna miałam poczucie, że nie sprzedaję siebie za ‘dzięki, że się zgodziłaś’.”
Czasem taka rozmowa kończy się przesunięciem obowiązków, realnym odciążeniem, zmianą rytmu pracy.
Czasem system reaguje inaczej:
„Nie ma przestrzeni, tak to wygląda, bierzesz albo nie”.
I wtedy trzeci scenariusz staje się testem.
Czy to jest miejsce, które potrafi się poruszyć, kiedy mówisz „nie”.
Czy takie, w którym Twoje granice są tylko „utrudnieniem w produkcji”.
Zmiana zasad gry rzadko wygląda jak wielka rewolucja.Częściej jak seria mikro–przesunięć:
jedno „nie odpowiadam na maile po 19” i naprawdę tego przestrzegasz,
jedno „spotkanie co tydzień, nie codziennie”,
jedno „ten kawałek procesu jest nieludzki, spróbujmy inaczej”.
To scenariusz dla osób, które nie chcą uciekać, ale też nie chcą dłużej płacić sobą za cudzy komfort.
Które są gotowe na to, że przez jakiś czas będzie niewygodnie.I że nie wszyscy będą zachwyceni.
Zmiana zasad gry ma swoją cenę: konfrontację, ryzyko odmowy, niepewność, czy system w ogóle ma zdolność adaptacji.
Kiedy słucham tych historii, widzę jedno:nie ma tu czysto „dobrych” albo „złych” wyborów.
Zostanie kosztuje mikro–zdrady siebie.
Odejście kosztuje wejście w próżnię i kontakt z lękiem.
Zmiana zasad kosztuje konfrontację z systemem i ryzyko, że powie „nie”.
W gabinecie nie mówię: zostań. Nie mówię: odejdź. Nie mówię: walcz.
Pytam:
Co tak naprawdę próbujesz ochronić, zostając?
Czego szukasz w odejściu ucieczki czy przestrzeni na coś nowego?
Jakie minimum musi się zmienić, żebyś nie zdradzała siebie, jeśli jeszcze tu zostajesz?
Czasem odpowiedź przychodzi od razu, jak kamień, który już od dawna prosił się o ruszenie.
Czasem rodzi si ę tygodniami. Między jednym „nie dam rady” a drugim „jeszcze spróbuję”.
Finał rzadko wygląda jak scena z filmu.
Częściej jak zwyczajny dzień, w którym ktoś:
wysyła maila z wypowiedzeniem, albo wychodzi z pracy o 16:30 i nie wraca już tego dnia do laptopa, albo po raz pierwszy na zebraniu mówi: „to jest za dużo, nie dowieziemy tego w takim składzie”.
Wtedy system albo zaczyna się naprawdę zmieniać.
Albo bardzo wyraźnie pokazuje, że nie ma na to żadnej gotowości.
W obu przypadkach dzieje się coś ważnego.
Hasło „zostać, odejść czy zmienić zasady gry” przestaje być abstrakcyjną łamigłówką.
Zamienia się w Twoje konkretne „tak” i Twoje konkretne „nie”.
Nie na slajdzie.
W kalendarzu.
W ciele.
W decyzjach, które podejmujesz w swojej realnej codzienności.
